Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biżuteria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biżuteria. Pokaż wszystkie posty

Jak zrobić zawieszkę z buteleczki? – Kula śnieżna DIY

    Pragnę Ci przedstawić moją osobistą, własnoręcznie wykonaną  „kulkę śnieżną”, którą noszę na szyi. Na pomysł wpadłam całkiem dawno temu, przeglądając obrazki na Zszywce. Natrafiłam na taki, który przedstawiał butelkę z wodą i pływającym w środku brokatem. Nie od razu oczywiście, ale w mojej głowie wykluł się pomysł przemycenia tego motywu do biżuterii. 

INSPIRACJA



    Kulki śnieżne mają swój klimat. Niby kiczowata ozdoba, ale jednak nie każdy potrafi przejść obok niej obojętnie. Ja nie umiem się powstrzymać od potrząśnięcia kulką, żeby choć na chwilę zobaczyć leniwie opadający śnieg. Najbardziej w tym wszystkim podoba mi się właśnie sposób, w jaki opada na dno.

    Pomyślałam więc, że w sumie fajnie byłoby mieć coś, co można mieć stale pod ręką, coś malutkiego, co mogę w każdej chwili wyciągnąć i popatrzeć przez chwilę, jak brokat zataczając koła, powoli opada na dno. Stoi to w tak ogromnej opozycji do tempa życia świata, że trudno mi nad tym nie przystanąć, choć na moment i przez chwilę także być takim pyłkiem brokatu.


LIFEHACKS


    W opisie obrazka, który wkleiłam powyżej, widnieje instrukcja: „Wypełnij wodą destylowaną, dodaj kilka kropli gliceryny [...]”. BULLSHIT. Szukając odpowiednich proporcji, stanęłam w momencie, gdy ilość wody była równoważona mniej-więcej identyczną porcją gliceryny. Jeśli więc kusi Cię, żeby zrobić nie buteleczkę na szyję, a taką butelkę jak widnieje powyżej, musisz zaopatrzyć się w naprawdę sporą porcję gliceryny. Inaczej cały efekt szlag trafi po dwóch sekundach, bo brokat, zamiast dostojnie opadać po prostu huknie na dno pojemnika i z całej zabawy nici.

    Na pokazanym wyżej obrazku można też dostrzec srebrne gwiazdki. One także przykuły moją uwagę i po wytrwałych poszukiwaniach zaopatrzyłam się w miniaturowe kopie, idealnie pasujące do buteleczki wysokiej na pięć centymetrów. 

Problem polegał jednak na tym, że podświadomie kierowana opisem obrazka nie sprawdziłam, jak zachowują się gwiazdki przy jeszcze większej ilości gliceryny. Pomyślałam, że to będzie po prostu za dużo i chyba przesadzam. To był błąd, bo gwiazdki opadają właściwie od razu i wcale ich nie widać. Gdybym miała jeszcze raz robić taką zawieszkę, zmieniłabym proporcje na korzyść gliceryny...

Na moim fanpage'u pojawiło się takie zdjęcie:

Opis głosił: „Co ten Łoś robi? Operację? Zamienia się w Edwarda Cullena? Brokat będzie se wstrzykiwać! JEZUSMARIA!
Nie. Otóż ostatnio bawię się znowu różnorakimi cieczami (nie, no, nie tylko takimi z C2H5OH) i z tej okazji odkopałam takie śmieszne zdjęcie z przygotowania mojej „kulki śnieżnej”.
Bo jeśli miałabym się zamieniać w jakiegoś Edwarda, to stanowczo w Nożycorękiego, o.”

    Fotka została zrobiona w trakcie przygotowania mojej zawieszki. Cały problem ze zrobieniem tej ozdoby polega na „utopieniu” brokatu w cieczy. Część po prostu nie chce tonąć i unosi się na powierzchni.

Znalazłam na to sposób. Rozbroiłam strzykawkę (tzn. wyjęłam z niej tłok), wsypałam do środka brokat, dolałam glicerynę, a następnie umieściłam tłok na miejscu. Potem zamykając palcem wylot strzykawki, wciskałam mocno tłok. Duże ciśnienie wtłaczało brokat w glicerynę i już nie pływał po powierzchni, a przynajmniej nie w tak ogromnej ilości.

    Jeśli chodzi o wodę, to koniecznie używaj destylowanej. Naprawdę koniecznie. Wydawało mi się to niepotrzebne, do czasu aż nie wyjęłam z pudełka na biżuterię mojej Alicjowej zawieszki. Powstała jakiś rok temu i użyłam tam zwykłej wody z kranu. Poleżała trochę w samotności i co się okazało: ciecz zmieniła kolor z niebieskiego na żółty, a w wodzie wyrosła jakaś niezidentyfikowana półprzeźroczysta maź, wyglądająca trochę jak meduza. Nie bądź Łosiem, użyj wody destylowanej!

    Ważną sprawą jest także sama butelka, a konkretniej korek, który ją zamyka. Pierwszą sprawą jest polakierowanie korka, by woda nie mogła w niego wsiąkać, bo tą drogą może wyparować cała ciecz z butelki i nim się obejrzysz, pozostanie Ci tylko sam brokat na dnie. Kolejną jest bardzo dokładne wklejenie tego korka, tak, żeby nie było najmniejszej szczeliny oraz dobranie odpowiedniego kleju.

    Nigdy, przenigdy nie używaj kleju cyjanoakrylowego (pot. „kropelki”) do tego typu porowatych powierzchni. Zamiast sklejać korek ze szkłem, kropelka po prostu wsiąknie Ci w korek. Osobiście używałam tutaj kleju uniwersalnego (konkretnie UHU), który mogę z ręką na sercu polecić.

Nie polecam kleju Hi-tack (i innych pokrewnych „magików”). Przy robieniu innej butelki, zanim klej zasechł, połowa zdążyła rozpuścić się w wodzie, a później osadzić na dnie butelki tworząc biały nalot. Zdecydowanie tutaj go nie polecam, chociaż bardzo lubię ten klej – świetnie sprawdza się w wielu innych wypadkach.


Wiem, że nie wszyscy lubią czytać tego typu obszerne notki. Dla takich ludzi przygotowałam coś w rodzaju jej streszczenia. Jest to też dobry kawałek tekstu do skopiowania do jakiejś notatki, jeśli chcesz sobie zachować taki pomysł „na później”, sama często tak robię.

KULKA ŚNIEŻNA: DIY!


POTRZEBUJESZ:

- szklanej buteleczki (np. 5 cm wysokości)
- wody destylowanej
- gliceryny
- srebrnego brokatu
- srebrnych gwiazdek (opcjonalnie, jeśli ich używasz dodaj więcej gliceryny)
- metalowego uszka
- kleju uniwersalnego (np. UHU)
- lakieru bezbarwnego

Niektóre produkty zostały podlinkowane. Ty też możesz zapisać się do programu partnerskiego: KLIKNIJ 

WYKONANIE:

Glicerynę wymieszaj z brokatem (np. przy pomocy strzykawki – opis powyżej). Buteleczkę napełnij do połowy wysokości wodą, dopełnij mieszanką gliceryny z brokatem. Korek pokryj bezbarwnym lakierem, po wyschnięciu wkręć w niego uszko. Dokładnie przyklej korek.

Wygląda prosto, ale buteleczki lubią płatać różne psikusy. Przeczytaj dokładnie „lajfhaki”, które umieściłam powyżej – lepiej uczyć się na cudzych błędach, zamiast na swoich ;)

EFEKT KOŃCOWY


Tu dołączam bonus w postaci filmików, które pokazują, jak to naprawdę wygląda na żywo.



WIĘCEJ INSPIRACJI!


Przegrzebałam Internet i rzucam jeszcze kilkoma inspiracjami z różnych jego zakątków na koniec.

Źródło: zszywka.pl, oneroomflat.blogspot.com, stereostore-stereostore.blogspot.com, designspinka.pl. srebrnaagrafka.pl

Co myślisz o takiej ozdobie? Nadaje się do noszenia? Uważasz, że jest łatwa do wykonania?

Hoo, hoo motherfuckers - nowy wytwór moich rąk

Moja fascynacja sowami zaczęła chyba ostatnio przybierać niezdrowy kierunek. Wzmógł ją dodatkowo obrazek, znaleziony na kwejku. O, jak on strasznie mi się spodobał – zawierał w sobie zarazem sowę, jak i wzmiankę o kocie, w sumie to ta sowa zaczęła nawet dla mnie przypominać kota. A potem każda następna sowa stała się nagle uskrzydlonym mruczkiem. 


 "SOWY TO TAKIE LATAJĄCE KOTY!"

CZEŚĆ, LUBIĘ CIĘ

Niedawno byłam w moim ulubionym sklepie z półfabrykatami do biżuterii (przy odrobinie szczęścia reklama tego sklepu pokaże Ci się w pasku bocznym :P). Między różnymi fajnymi rzeczami wisiał tam woreczek strunowy, z patrzącą na mnie, jeszcze pustymi oczodołami, metalową sową. Któż by się nie zlitował nad jej nieszczęśliwym losem? 

Zapłaciłam za nią ciężkie pieniądze (całe dwa złote :P) i zaniosłam bidulę do domu. A cóż ja sowo z tobą pocznę? – pomyślałam. Sowa nie odrzekła nic na te smutne słowa i dalej milczała, chociaż te puste oczodoły przemawiały do mnie tysiącem próśb. Nie mogłam niestety zmienić od razu nieszczęśliwego sowiego żywota, więc położyłam ją po prostu na biurku. 

A JEDNAK MAM POMYSŁ...

Tego samego dnia, los uśmiechnął się do tego smutnego ptaszyska i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przypomniało mi się, że mam całe pudełko zegarków. Jeszcze nie w kontekście sowy, oczywiście, ale był to już pewien krok naprzód. Przeglądałam sobie powoli wszystkie moje werki i jeden z nich zwrócił moją uwagę, ponieważ nijak nie pasował do pozostałych. 

Z reguły interesują mnie werki starych, nakręcanych zegarków, od nowych i często w połowie plastikowych, trzymam się z daleka. Jakimś cudem jednak między tymi starymi werkami, znalazł się jeden nowoczesny mechanizm na baterię. Co ty tu do cholery robisz? – zapytałam go w myślach, z nieskrywaną irytacją. 

Po oględzinach okazało się jednak, że może on tu wcale nie leży bez przyczyny. Werk był w zasadzie w całości metalowy i w sumie, wyjąwszy ziejące pustką miejsce na baterię zegarka, to wyglądał niczego sobie. Obok mnie wciąż leżała ta moja nieszczęsna sowa. Cóż, jej miedziany kolor nie od razu przywiódł mi na myśl steampunk (jeśli nie wiesz co to takiego, odsyłam do moich wcześniejszych postów na ten temat - STEAMPUNK), ale w momencie, kiedy miałam już otwarte pudełko z zegarkami, to w końcu musiał mi się tak skojarzyć. Aha, brillant idea! 

Rozgorączkowana od razu sprawdziłam, czy mechanizm pasuje do brzucha sowy, równie pustego, co jej oczodoły. Takkk, sukces. W tym momencie pojawiła się racjonalna myśl – czym ty to głupi Łosiu zamocujesz? Łosiowy racjonalizm raczył mnie obrazić, więc kazałam mu iść sobie w cholerę, sama natomiast ruszyłam po drut miedziany, chociaż nie do końca wiedziałam jeszcze, jak go użyję. 

EUREKA! - WYKONANIE

Moje próby montażu przypominały odrobinę jaskiniowca, walącego maczugą w coś tak długo, aż zadziała. Ale wiesz co? Cholera, zadziałało. Okazało się, że w mechanizmie są szczeliny, przez które z powodzeniem przewlekłam drut (w starych mechanizmach na próżno tego szukać, więc byłam zdziwiona, że drut pasuje tak idealnie), a później owinęłam boki sowy jego końcami i wszystko się trzymało, bez żadnego kleju. 

Lukę po baterii wypełniłam złotą zębatką i sowa zaczęła wyglądać nagle jakoś tak bardziej steampunkowo. Później smutne oczodoły wypełniłam kolejnymi zębatkami, a resztę dziurek (w które większość zdrowych na umyśle rękodzielników pewnie po prostu wkleja dżety :P) wypełniłam śrubkami, miniaturowymi przekładniami i wszelkimi innymi częściami zegarków, jakie miałam pod ręką, o średnicy mniejszej niż 2 mm. 

Na koniec dołączyłam zapięcie, bo chciałam sowę przypinać do dusika w kropeczki, którego część też się załapała na zdjęcie, ale to kiepski pomysł, bo zawieszka bardzo ciągnie wstążkę w dół i nie wygląda to estetycznie. Zamiast tego wieszam sowę po prostu na łańcuszku. W kolejnych postach pokażę, co przypięłam do dusika w zamian za to, ale to już bliżej świąt. Szlag, co za spoiler, haha :P Tymczasem zostawiam Cię z sową.



Wspominałam w poprzednim poście, że będę teraz podawała dokładnie czego używam, toteż linkuję prawie wszystko, czego użyłam (prócz zębatek itd., ponieważ po te trzeba się udać na bazarek, albo walczyć o nie na aukcjach na allegro, nie sposób podać dokładnego źródła).

Lista zakupów:
  • sowa
  • karabińczyk
  • drut
  • zębatki i inne części do zegarków 
  • werk zegarka, np. takiego (ale raczej chodzi mi o coś, co masz już w domu, chciałam Cię tylko naprowadzić, jakiego typu starego zegarka szukać)
  • klej uniwersalny
Wrócę,
Łosiek.

Bransoletki nie zrobią się same, zadania z chemii zrozumieją. Na pewno.

Cześć, przybywam tutaj znowu, tym razem radosna twórczość, którą chcę Ci pokazać, wygląda nieco inaczej, została już na nią naniesiona poprawka o dźwięcznej nazwie "PISZESZ W TYM ROKU MATURĘ, OGARNIJ SIĘ ŁOSIU". W związku z tym, ostatnio robię rzeczy, które nie są zbyt czasochłonne.

Malowanie koszulki przez kilka dni, poświęcając na to łącznie przykładowo trzydzieści godzin (TUTAJ o takiej) nijak ma się do bransoletek, które robi się średnio jakieś pół godziny. Pół godziny to idealny czas na odmóżdżenie w przerwie między kolejnymi porcjami zadań z chemii. No to robię, różniste, a im więcej ich robię, tym więcej mam pomysłów.

BRAZYLIJSKA


Zacznijmy od najłatwiejszej, czyli od bransoletki ze wstążek:



Są to dwie wstążki zebrane w jedną za pomocą kleju do tkanin, całość w barwach Brazylii, wedle życzenia. Na to poszła kokardka, nad którą trochę się nagimnastykowałam, ale koniec końców wyszła mniej-więcej taka, jak chciałam. Od razu znalazła się kolejna chętna na taką, więc myślę, że to był sukces :)

Z CHRZĄSZCZEM


Kolejne bransoletki to komplet, stworzony z myślą o mnie samej, który powstał dzięki zawieszce w kształcie chrząszcza, to on był "motorem" do powstania tego kompletu. Użyłam tutaj fantów wygranych w konkursie, można się przyjrzeć co do czego służy.


 Idąc od dołu, to bransoletkę z chrząszczem stworzyłam z metalowych koralików i koralików z konkursu, które mienią się jak benzyna. Dodatkowo użyłam wspomnianej zawieszki i kawałka wstążki, na podstawie której powstało dość ciekawe zasuwane zapięcie, czego niestety nie mam na zdjęciach. 

Kółeczka, na których wisi chrząszcz zrobiłam sama z drutu, za pomocą szczypiec z okrągłymi końcówkami. Bardzo fajna sprawa, bo mogłam dopasować je do potrzeb, przy kupowaniu gotowych półproduktów nie mam aż takiej dowolności. 

Druga z bransoletek to moje pierwsze i bardzo nieśmiałe podejście do techniki wire wrapping. Nie do końca na tym zdjęciu tutaj to widać (ale złapałam się na tym trochę za późno, niestety), ale trzonem bransoletki jest gruby drut, który potem został owinięty cienkim, to jest właśnie ta część, która pasuje do pojęcia "wire wrapping". 

Bransoletka jest dość minimalistyczna i można zmieniać jej kształt dowolnie (włącznie z kształtami, które nie przypominają ani trochę bransoletki...), jednak jest w niej coś interesującego, z czego jestem zadowolona. Mianowicie, oprócz  koralików mieniących się kolorami benzyny, użyłam tutaj koralików magnetycznych, z ich pomocą również stworzyłam magnetyczne zapięcie i jestem z niego niesamowicie zadowolona, bo DZIAŁA! 

Oprócz tego, te trzy magnetyczne koraliki z przodu trzymają obie bransoletki mocno ze sobą, więc na ręce nie czuje się tego, że ma się jakieś dwie rzeczy na nadgarstku, bo one nie przesuwają się w ogóle względem siebie w trakcie noszenia :)

FUCK


Ostatnia bransoletka, którą chcę Ci dziś pokazać, to coś, co na Facebooku cieszyło się sporą popularnością. Na tyle dużą, że znalazły się również średnio przychylne opinie, a to jest pewien wyznacznik sukcesu, przynajmniej ja tak staram się to traktować ;) 

Bransoletka stanowi swego rodzaju podsumowanie mojego ostatniego tygodnia i pomyślałam, że bez sensu byłoby psuć sobie humor czymś takim, więc w ten sposób obeszłam się z tamtym komentarzem. Dajmy komentarzom na fp spokój, oto zdjęcie:


Literki zostały naniesione na koraliki techniką decoupage. Byłam zmuszona uciec się do takiego zabiegu, ponieważ kiedy zamówiłam z internetu 5 g miksu koralików z literkami, nie przewidziałam tego, że może się tam nie znaleźć naprawdę ANI JEDNO "u". Poradziłam sobie więc inaczej. 

Reszta była już prosta – nawlekłam koraliki na rzemyk, dodałam jeszcze dwa, wszystko to wkleiłam w łapaczki, potem zapięcie i voila! Moja przyjaciółka, która w tym momencie znajduje się na oko jakieś 600 km w linii prostej ode mnie, zażyczyła sobie taką bransoletkę. Akurat przyjeżdża na wszystkich świętych, więc nie będzie problemu z odbiorem. 

Pomyślałam, że skoro będę robiła jeszcze jedną, to fajną opcją byłoby nakręcenie tutorialu na ten temat. Co o tym myślisz? Chodzi mi oczywiście o tutorial w formie filmiku na You Tube. Mam nadzieję przeczytać kilka opinii na ten temat tu pod spodem, bo chciałam zacząć kręcić te tutoriale, tylko zastanawia mnie to, czy takie filmiki będą miały odbiorców.

Wrócę,
Łosiek.

Yo amo España y yo soy un marinero!

Na samym początku chciałabym nieco odbiec od tematu i poprosić Cię o oddanie na mnie głosu w konkursie. Gra jest warta świeczki, bo do wygrania jest naprawdę duży bon wartościowy lub maszyna do szycia. Najbardziej na świecie chciałabym dostać to drugie. Jeśli więc chcesz mi pomóc, ot tak po prostu, bezinteresownie, to wejdź TUTAJ i zagłosuj na mój blog. Jest teraz pierwszy na liście, więc łatwo go znaleźć. Bardzo proszę Cię o pomoc w tej sprawie, wygrać maszynę do szycia - to byłoby jak gwiazdka z nieba!


Kocham Hiszpanię miłością szczerą i wieczną, ale dziś o tej miłości nieco inaczej, po mojemu. Dwa, czy trzy lata temu przyjechała do mnie hiszpanka z wymiany. Nie umiała ani słowa po angielsku, a pierwszą godzinę po przyjeździe przepłakała. Ogólnie ciężko jej było poradzić sobie z zaistniałą sytuacją. W czasie wymiany poznała anglika, który mówił płynnie po hiszpańsku i jakoś się oswoiła. Ostatniego dnia, oprócz prezentu pożegnalnego, który kojarzyłby jej się z Polską i tą wymianą, dałam jej kolorową sznurówkę, taką samą jak ta, którą sama nosiłam co dzień na nadgarstku. Ona natomiast dała mi kawałek wstążki z flagą Hiszpanii. Jakiś czas nosiłam ją obok sznurówki, potem złapałam się za głowę, że ją przecież zniszczę, no i wylądowała w szufladzie. Niedawno kupiłam sobie łapaczki do wstążek i przypomniałam sobie, że mam taki skarb, który w dodatku tylko leży i się kurzy. No, to do pracy, rodacy! Oto efekty:




Potrzebowałam naprawdę niewielu materiałów, tylko odrobinę cierpliwości i kreatywnych narzędzi naprędce stworzonych na potrzeby sytuacji, żeby jakoś wepchnąć końce wstążki do koralika.  

Jeśli zaś chodzi o marynarza, to robiłam ostatnio jeszcze jedną bransoletkę. Została zrobiona na zamówienie i była inspirowana moją bransoletką na studniówkę (TUTAJ przypomnienie). Koraliki są większe i mają inne przekładki, okrągłe i ażurowe. Osobiście bransoletka bardzo mi się podoba, dziewczynie, dla której to robiłam również :)


Sklejka jest jak zwykle za szeroka. Kliknij w obrazek, żeby zobaczyć go we w miarę normalnym rozmiarze.

A co Ty myślisz o moich dzisiejszych bransoletkach? W planach jest bransoletka z zawieszką w kształcie chrząszcza :3


Wrócę,
Łosiek.

Alice in Wonderland, czyli kocham niebieski!

Całkiem niedawno opublikowałam wpis, w którym pokazywałam Alicjowe buteleczki (TUTAJ), wspominałam też, że temat nie jest zamknięty i dopiero zaczynam pracę w klimacie Alicji. No i mówiłam prawdę. Tamte buteleczki publikowałam na fanpage z dopiskiem „Wariacje w temacie błękitu pruskiego”, ponieważ do barwienia płynu w środku używałam farby akwarelowej o takim właśnie kolorze. Niestety, nie zdało to za bardzo egzaminu, ponieważ pigment po jakimś czasie zaczął opadać i zbijać się w grudki. Zanim więc zaczęłam znów pracę nad Alicjowymi ozdobami, musiałam znaleźć antidotum na ten problem. Kombinowałam z różnymi substancjami, myślałam o różnych rzeczach, aż moi znajomi dla żartu zaczęli mi wymyślać niebieskie substancje, które mogłabym tam wlać. Moi faworyci to zdecydowanie Blue Curacao i Listerine, haha.

Coś mi jednak z tych moich kombinacji wyszło i, mimo że nie dolałam tam żadnej z proponowanych mi w żartach substancji, ciecz w mojej butelce zabarwiła się w końcu tak, jak trzeba i po dłuższym użytkowaniu stwierdzam, że pigment nie opada i w ogóle trzyma się zdecydowanie jak najlepiej. Oto pierwsze rezultaty moich starań i całej tej dłubaniny. Większa buteleczka stanowi samodzielną zawieszkę, noszę ją po prostu na szyi, czasem zestawiając z inną zawieszką — dużym ażurowym kluczem. Całkiem przyzwoicie to wygląda.


Z kolei mniejsza zawieszka posłużyła mi jako jeden z gadżetów, które przypięłam do mojej wymarzonej alicjowej bransoletki. Koraliki miałam już od dawien dawna skompletowane, brakowało mi tylko „tego czegoś” i samozaparcia, ale i te dwie rzeczy w końcu jednak się znalazły.




Na koniec jeszcze zdjęcie w trakcie użytku, które w pełni pokazuje moją fascynację niebieskim kolorem ;)



Mam nadzieję, że chociaż odrobinę zaraziłam Cię miłością do tego koloru. Jest moim ulubionym od najmłodszych lat. Miałam chwilowe fascynacje czerwonym, zielonym, czarnym, ale niebieski zawsze gdzieś tam był. Ostatnio moja miłość do niego przeżywa renesans, mam niebieskie spodnie, niebieski swetyś, kilka niebieskich bluzek, niebieską bluzę z suwakiem i niebieską bluzę bez suwaka też. Aha, trampki w tym kolorze też posiadam, mój pokój ma dwie niebieskie ściany. Wymieniać można w nieskończoność. O, zapomniałabym, oczy też mam niebieskie :3

Wrócę, 
Łosiek.

Oui, machines à monsieur

Mój poprzedni post o steampunku ukazał się bardzo dawno, tak dawno, że musiałam poświęcić chwilę czasu na to, żeby go odkopać. Wpis ten był mi potrzebny, ponieważ nie każdy musi wiedzieć dokładnie, co to jest steampunk, a właśnie tam starałam się to opisać. Jeżeli więc nie masz pojęcia, czym jest owo tajemnicze zagadnienie, a chciałbyś/chciałabyś swoją wiedzę o to wzbogacić, to KLIKNIJ, chociaż dokładna wiedza o tym nurcie nie jest aż tak potrzebna do przeczytania reszty notki.
Przechodząc do właściwej części posta, mam w domu dosyć spore ilości różnorakich części do zegarków. Są to wskazówki, zębatki, dekle, szkiełka, cyferblaty i tym podobne, ale najcenniejsze są oczywiści WERKI. I tych mam też w domu kilka. Czym jest werk? Otóż werk to mechanizm zegarka, ale nie interesują mnie werki współczesnych zegarków, bo są zwyczajnie brzydkie, część elementów często jest plastikowa. Prawdziwego wielbiciela steampunku zachwycają zegarki nakręcane, takie z metalowymi mechanizmami, z mnóstwem zębatek. Ostatnio pokazywałam. co zrobiłam z werku od zegarka mojego dziadka (tutaj), jest to okrągły mechanizm, więc bardzo łatwo było go jakoś zagospodarować. Co zrobić jednak z werkiem, którego kształt jest zbliżony bardziej do prostokąta? Pewnie mnóstwo rzeczy, ale mnie przez długi czas nie przychodziło do głowy nic sensownego. Do czasu. Ozdoby, które tworzyłam lub wymyślałam wcześniej, zakładały wykorzystanie werku jako jedynej gwiazdy danego przedmiotu. W takim razie werki, które nie były okrągłe nie nadawały się do żadnej bazy biżuteryjnej, ani do pierścionka, ani zawieszki, no w ogóle były do niczego. Jednak razu pewnego, wpadłam na pomysł, że mechanizm, który już mam, można by połączyć z innymi metalowymi częściami i stworzyć jakby zupełnie nowy mechanizm. Tak powstała moja ostatnia zawieszka, chociaż było z nią trochę problemu, bo mama zabrała mój jedyny słuszny klej do wszystkiego (czyli uniwersalny UHU, muszę zaopatrzyć się jeszcze w przezroczystą Poxylinę albo klej epoksydowy w strzykawce, takie moje must have), a poza tym małe elementy jakoś nie miały ochoty ułatwiać mi życia i wszystkie musiałam umieszczać pęsetą w żądanym miejscu po kilka razy. Ale dałam radę, a efekt przedstawiam poniżej:

https://www.facebook.com/NevermindFactory?fref=ts

Mechanizm dziadkowego zegarka wykorzystałam już jakiś czas temu, ale moja babcia przecież też nosi zegarki i nie inaczej było wtedy, kiedy miały one tak cudowne mechanizmy. Bardzo długo zegarek czekał na dokończenie, a i teraz cały czas zastanawiam się, czy nie powinnam w miejsce zapięcia wstawić kawałka gumki, chyba byłoby to wygodniejsze. W każdym razie jest to ostatnio moja ulubiona bransoletka i noszę ją na okrągło.

https://www.facebook.com/NevermindFactory?fref=ts

Z zegarka powyżej wyjęłam cyferblat i wskazówki, a potem obróciłam mechanizm tak, żeby ta strona, którą widzi się zwykle po usunięciu metalowego dekla, była widoczna przez szkiełko, ponieważ to ona właśnie jest najładniejsza. Mam jeszcze jeden mechanizm, z którego można zrobić podobną ozdobę.

Ostatnia rzecz, którą zrobiłam ma dość duży związek z poprzednią. Pisałam, że usunęłam z zegarka cyferblat i wskazówki. Żadna z tych części nie zginęła, zostały przeze mnie ponownie wykorzystane – zrobiłam z nich taki oto pierścionek:


https://www.facebook.com/NevermindFactory?fref=ts

Dołożyłam oczywiście jeszcze kilka wskazówek, no i cyrkonię pośrodku. Bardzo szybko 
i przyjemnie się go robiło, a pierścionek jest efektowny i dobrze wygląda na ręce. Ostatnio najchętniej wybieram właśnie ozdoby z zegarków, więc jest to jeszcze jedna z moich ulubionych ozdób.
Nie jest to mój ostatni post w temacie steampunku, mam nadzieję, że udało mi się nim Ciebie zainteresować. Mam w planach mnóstwo biżuterii w tym właśnie klimacie, a ukończenie moich steampunkowych gogli to tylko kwestia czasu.

Wrócę,
Łosiek.

Creepy jewellery n stuff + LBA

Angielskie „creepy” to chyba najlepsze słowo, które opisuje biżuterię, którą zaraz tu wstawię, ale nie tylko. Właściwie ten wpis będzie zbiorczy dla całej biżuterii, którą do tej pory zrobiłam, a która jeszcze się tu nie pojawiła. Ale po kolei.


1. Zawieszka do bransoletki, która w mojej głowie funkcjonuje jako „Alicja w krainie czarów”. Takie buteleczki z powodzeniem mogą też posłużyć jako kolczyki (wystarczy doczepić bigle), a także w podobnej konwencji mam zamiar stworzyć również alicjową zawieszkę.



 2. Dwie bransoletki, które są najbardziej „creepy” z całego tego zbioru – męska i damska wersja „Wróżki zębuszki”. Do stworzenia damskiej, oprócz modelinowych zębów, użyłam koralików zrobionych z najprawdziwszych kredek świecowych :3 Generalnie historia damskiej zębuszki przedstawia się tak, że na początku powstała tylko bransoletka z zębami, ponieważ w tamtym czasie bardzo interesował mnie zawód technika dentystycznego i właśnie to, że mogę podobne rzeczy w przyszłości robić zawodowo, pchnęło mnie do zrobienia sobie takiej zabawnej bransoletki. Kiedy miałam ją na sobie w szkole, koleżanka popatrzyła na nią i z uśmiechem powiedziała "O, wróżka-zębuszka". W mojej głowie natychmiastowo zęby, które miałam na nadgarstku połączyły się z tematem dzieci i zaczęłam myśleć, co można zrobić, żeby to jakoś urzeczywistnić. Pomyślałam, że wtedy skojarzenia mogłyby być różne – nie wiadomo, czy były to zęby włożone pod poduszkę, czy siłą wyrwane, jak w jakimś horrorze, który kiedyś oglądałam.


Zdjęcie jest dość nijakie, bo było późno, ale mówi się trudno, bo teraz bransoletka wygląda trochę inaczej – nie od razu pokryłam kredki lakierem, więc skubane popisały mi zęby. Mam w planach zrobienie jeszcze jednej, wtedy zrobię lepsze ujęcia. Jak pisałam, powstała również męska wersja. Mój kolega z klasy, dla którego ona była, chyba chce być dentystą, w każdym razie na pewno jakimś lekarzem, więc trzyma się to w klimacie. Jest to zdjęcie 'prototypu' zrobionego na moją rękę, w razie gdyby się rozmyślił. Dostał identyczną, tyle, że większą, ale już nie zrobiłam zdjęcia. 



 3. To jest chyba najważniejsza ozdoba – pierścionek z kory. Generalnie jest to moja „obrączka ślubna”, to znaczy na obozie harcerskim, na którym byłam z moim chłopakiem dwa lata temu, były śluby obozowe. Pomyśleliśmy, że może być zabawnie, no to się zgłosiliśmy. Pomijając całą serię mało cywilizowanych, za to przezabawnych zadań, mój „pan młody” miał za zadanie zorganizować mi obrączkę ślubną. Wpadł na pomysł zrobienia jej z kory. Nie wyglądała ona jak na zdjęciu poniżej oczywiście, ale też zdała egzamin. Po obozie zawiozłam ją do domu i leżała w szufladzie, do momentu, aż nie zafascynował mnie decoupage. Wyjęłam obrączkę, oszlifowałam odpowiednio i pokryłam akrylową farbą i kawałkami specjalnej serwetki. Teraz mogę ją nosić na co dzień :3


4. No i na koniec średnio moim zdaniem ciekawa, ale w dalszym ciągu własnej roboty bransoletka, którą zrobiłam na studniówkę. Mało ciekawa, bo nie jest jakaś odkrywcza, podobne bransoletki można kupić wszędzie. Jakoś nie mogłam w żadnym sklepie znaleźć nic dla siebie, chociaż kolor, którego szukałam był wtedy bardzo modny. Kupiłam więc koraliki w żądanym odcieniu i nawlekłam na gumkę, żadna filozofia.



Teraz mam miliard nowych pomysłów, więc cieszę się, że z tymi poprzednimi już się rozprawiłam tu na blogu.

 No i druga część posta, czyli Liebster Blog Award. Nominację dostałam od Ruciaka, za co bardzo dziękuję :) Żeby wejść na jej bloga, wystarczy kliknąć w nazwę. Tymczasem odpowiadam na pytania.

1.Czemu blogujesz? 
Przede wszystkim dlatego, że lubię pisać. Wcześniej publikowałam w blogosferze swoje poczynania w zakresie pisania wierszy i opowiadań. Teraz piszę inne rzeczy, takie jak tu, a jeśli piszę jakiś wiersz, to do szuflady. Ten konkretny blog służy mi do publikowania zdjęć mojego rękodzieła. Robię to równiez na fanpage'u, ale tam staram się nie rozpisywać za bardzo, żeby nie przynudzać. Tutaj mogę bez skrupułów opisywać całe historie moich dzieł, począwszy od tego jak je wymyśliłam, na drodze do ich zrobienia skończywszy.
.
2. Ulubiony serial?
 Niespecjalnie przepadam za telewizją w ogóle, ale jeśli mam wybrać jakiś telewizyjny serial, to (chociaż ciężko się przyznać) byłaby to Pierwsza Miłość, której nie emitują w wakacje, z którego to powodu bardzo ubolewam. Natomiast kiedyś widziałam jeszcze taki jakiś japońsko-mangowy-niewiadomoco serial o nazwie "Detroit Metal City", który jest niesamowicie śmieszny i porąbany, a opowiada historię chłopaka, który chciałby spiewać cukierkową muzykę pop i normalnie jest uosobieniem dobroci, słodkości i spokoju, a wieczorami zamienia się w black metalową bestię i jest wokalistą takiegoż zespołu. Bardzo w moim klimacie i bardzo zabawne, polecam, pozdrawiam.
.
3. Kawa czy herbata?
Ciężko stwierdzić. Jakiś czas temu bardzo często piłam kawę. Potem najlepiej mi się tworzyło przy piciu mrożonej kawo-czekolady z masą krówkową (chyba kiedyś poświęcę posta jej przygotowaniu, jest pyszna), natomiast ostatnio pod wpływem choroby, najprzyjemniej pije mi się herbatę z miodem i cytryną.
 .
4. Pepsi czy Coca-cola?
Zdecydowanie Pepsi, chociaż w wyzwaniu smaku Pepsi na Woodstocku wybrałam Colę, być może dlatego, że chwilę wcześniej piłam nasz Woodstockowy absynt, który jest mega słodki (też nadaje się na posta). Tak czy siak, dostałam moje niebieskie okulary z logiem Pepsi i teraz mogę się lansować jako mega fanka tego napoju. Swoją drogą kiedyś chciałam zrobić sobie koszulkę z logo Pepsi, jako alternatywę do tych modnych ostatnio z logiem Coca Coli.
 .
5. Facebook czy youtube?
Chyba jednak Facebook, chociaż ostatnio muzyki słucham tylko z YT zamiast z odtwarzacza na komputerze. Z uwagi na to, że prowadzę fanpage staram się być codziennie na Faceboku chociaż na chwilę.
.
6. Co najchętniej czytasz?
To znaczy? Blogi czy książki? E-booki czy wersje papierowe? Mało doprecyzowane pytanie ;) Tak czy siak, moim ulubionym rodzajem "czegoś do czytania" są książki w wersji papierowej, najchętniej horrory, a jak horrory to tylko Stephena Kinga. Zdecydowanie mój najulubieńszy pisarz ever.
.
7. Na imię masz.. ?
Aleksandra. Z racji tego, że życiową pasją mojej mamy jest historia, nie wybrała tego imienia ot tak sobie, o nie. Imię moje pochodzi od władcy Aleksandra Macedońskiego :P
.
8. Co najbardziej lubisz robić?
Jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi - dłubać. Uwielbiam dłubaną robotę, malowanie na koszulkach i czym tylko innym, rysowanie, robienie biżuterii, a ostatnio także szycie na maszynie. Uwielbiam taką pracochłonną robotę, sprawia mi to ogromną radość.
.
9. Ulubiona piosenka?
Oj ciężko stwierdzić. Jednej konkretnej ulubionej to ja na pewno nie mam, szczególnie, że mam dosyć spory rozrzut jeśli chodzi o ulubione gatunki muzyczne, bo słucham muzyki od elektroniki do black metalu. Dziwne ze mnie stworzenie, wiem.

Jeśli chodzi o dubstep, to piosenka mojej gimnazjalnej miłości: KoRn - Love and meth
Lubię też inne rodzaje elektroniki, ostatnio często słucham tego: Die Antwoord - Pittbull Terrier
Przechodząc w miarę łagodnie między gatunkami, to teraz rapcore - Crazy Town - Candy Coated
Nu metal - KoRn - Predicable
Lubię też wikingów - Amon Amarth - Guardians of Aasengard
Punk - Siekiera - Czy zjedli tu murzyna
Polski rock - Kazik na żywo- las maquinas de la muerte
Doom metal - My Dying Bride - Scarlet garden
I black metal, ostatnio bardziej niż kiedyś: Burzum - Jeg Faller i nasz rodzimy Behemoth - Ludzie wschodu (to jest cover zespołu, który dałam przy punku, Siekiery)

10. Polecisz mi jakieś dobre opowiadanie?
Pewnie, opowiadania Stephena Kinga są super. Na przykład "Truskawkowa wiosna" albo "Mój śliczny kucyk". Więcej tytułów nie pamiętam, ale większość z nich jest godna uwagi i wciągnęłam je
wszystkie jak kluski z rosołu, jednym mocnym siorbnięciem ;)
 .
11. Jesteś bardziej umysłem ścisłym, czy może humanistycznym?
To jest wbrew pozorom trudne pytanie. Zawsze uważałam się za humana z krwi i kości, lubiłam dużo pisać, dużo czytałam, przedmioty humanistyczne szły mi zawsze najlepiej i z tym chciałam związać swoją przyszłość. Niestety, jakoś tak wyszło, że po żadnej psychologii czy dziennikarstwie o pracę nie jest łatwo, a już szczególnie po filologii.  Więc w liceum poszłam na biol-chem. Dużo lepiej odnajduję się w biologii niż w chemii, ale tak naprawdę oba te przedmioty bardzo mi się podobają. Jestem więc humanem ubranym w nauki ścisłe i dobrze mi z tym ;)


Teraz powinnam nominować jedenaście osób i dać im jedenaście pytań, ale nie bardzo jestem w stanie, bo primo - głowa mi pęka (jestem strasznie chora od wczoraj), a secundo, chyba nie dam rady wybrać aż jedenastu blogerów do Liebster Award.

Wrócę,
Łosiek.




Pocahontas, czyli inspirująca brzoza

Dawno, dawno temu, przed maturą z biologii wpadłam w panikę. No nic nie umiem! Złapałam podręcznik i zaczęłam go wertować, ale szybko zorientowałam się, że skutek jest odwrotny do zamierzonego i na pewno się w ten sposób nie odstresuję, ani też niczego nie nauczę. Biologicznie zainspirowana zebrałam swoje rzeczy, cieplutko się ubrałam i wyruszyłam, można by rzec, na wyprawę życia. Życia przedmaturalnego, ponieważ przed tym egzaminem raczej nie wychodziłam z domu, a jeśli już, to do szkoły. Teraz zamierzałam wybrać się do pobliskiego lasu. Wycieczka tego typu w tamtym czasie jawiła mi się jako coś egzotycznego. Po lesie chodziłam półprzytomna, odbierając przynajmniej połowę bodźców przez pryzmat rycin w podręcznikach, przypominając sobie różne informacje, a zarazem uświadamiając jak to wszystko wygląda w rzeczywistości – mszaki, paprotniki, drzewa iglaste, w końcu kora, czyli przecież epiderma… Zebrałam potrzebne mi kawałki kory wtórnej ze ściółki (właściwie to głównie po nie przyszłam), która żyła dla mnie tysiącem stworzeń i wtem… wdepnęłam na gałązkę. To idiotyczne zdarzenie odrobinę wybudziło mnie z letargu, w którym tkwiłam. Podniosłam znalezisko z ziemi i przyjrzałam się mu dokładnie. Oto moim oczom ukazałam się brzozowy patyk, o idealnej średnicy, by coś z niego stworzyć. No nieprawdopodobne, coś takiego! W sekundę powstał pomysł, który roboczo nazwałam „Pocahontas”, no i tak już zostało. Przygotowanie uwieczniłam w tutorialu, zrobionym dla pewnej strony na facebooku, pozwolę sobie go tutaj wstawić:


Najwięcej czasu zajęło mi przede wszystkim czekanie, aż klej do decoupagy, który miał zabezpieczać korę przed odpadaniem, wyschnie. Ogólnie całkiem miło i przyjemnie się robiło tę bransoletkę, wygląda też efektownie na ręce. A tu mam więcej zdjęć:


Wrócę,
Łosiek.

Mechaniczna truskawka

Dzisiaj pragnę napisać o dwóch pierścionkach, które zrobiłam jakiś czas temu. Przy okazji także, jako że główną gwiazdą jednego z nich jest modelina, pochwalę się też jeszcze inną ozdobą, wykonaną z tego materiału.

Zatem pierścionki. Pierwszy to wykonana z masy termoutwardzalnej truskawka naturalnych rozmiarów. Trochę pomogłam tu sobie wykałaczką, mogłam dopracować nieco bardziej listki, ale było to moje pierwsze podejście do masy termoutwardzalnej. Jak na moje ówczesne umiejętności, wygląda nawet bardzo oględnie. 

Natomiast drugi… Nie namęczyłam się tu zbyt wiele, ale ma on dla mnie ogromną wartość, kto wie, czy nie największą ze wszystkich moich prac. Jest to steampunkowy pierścionek z mechanizmem zegarka. Werk pochodzi z zegarka mojego nieżyjącego już dziadka, z którym byłam bardzo związana. Był ze mną od najmłodszych lat i nawet po tak długim czasie, jaki minął, jest mi z tym wszystkim trudno. Dlatego pierścionek, który mogę mieć przy sobie zawsze i wszędzie, a zawierający jakąś małą cząstkę czegoś, co należało do niego, ma dla mnie ogromną wartość. 

Mechanizm odrobinę nie chciał pasować do bazy pierścionka, więc poprosiłam ojca o małą interwencję z wykorzystaniem szlifierki, jest to jedyna modyfikacja, jakiej się dopuściłam. Na dwóch dużych zębatkach, które można zobaczyć na zdjęciu, planowałam przyczepić cyrkonie, ale jest problem z tą większą, bo ciężko znaleźć cyrkonię o średnicy aż 10 mm.


Z modeliny zrobiłam też prezent dla mojego chłopaka – breloczek perkusisty. Sporo z tym było dłubania, pałeczki nie chciały ze mną współpracować i przy próbie zrobienia w nich dziurek kruszyły się na kawałki (jest to chyba wina materiału, sklepowa modelina dla dzieci zamiast masy termoutwardzalnej, to się musiało tak skończyć...).

Jakoś sobie z nimi poradziłam, pomalowałam całość, bo na elementach breloczka osadziła się biała substancja (– CaO, czyli tlenek wapnia, wytrąca się z twardej wody i osadza na figurkach, tworząc brzydki biały osad. Trzeba sobie jakoś z tym radzić, ja teraz filtruję wodę w specjalnym dzbanku). Z tego prezentu Kot również się cieszył.

Na największym bębnie napisałam „The Putyrills”, swego czasu znajomi mówili na niego Putyril, chociaż pojęcia nie mam dlaczego, a później dostał od nich „platynową płytę” na urodziny, z nazwą jego niby zespołu – postanowiłam do tego nawiązać. Chociaż mogłam użyć cieńszego pędzla, bo farba trochę się rozlała, ale tą wiedzę posiadłam już po fakcie.


Jeśli chodzi o masę termoutwardzalną, jest to dla mnie bardzo nowy materiał i wciąż się uczę, ale kolejny wpis o moich poczynaniach w tym kierunku będzie już znacznie lepszy.

Wrócę,
Łosiek.

Steampunk

Ten wpis chciałabym zacząć od małego wprowadzenia, jako że steampunk jest nurtem mało znanym w Polsce (co za tym idzie, NAPRAWDĘ ciężko jest zdobyć półprodukty, co zresztą wyjdzie, kiedy będę pisać o tworzonych przeze mnie goglach).

Zatem steampunk to odłam cyberpunku, gdzie inspiracja czerpana jest z epoki wiktoriańskiej i rozwoju technicznego, jaki miał miejsce w XIX wieku (stąd nazwa, ang. steam – para, odnośnik do epoki pary i żelaza). Różnica między steampunkiem a cyberpunkiem jest taka, że bohaterowie utworów żyją w świecie opartym na mechanice, a nie na elektronice, jak w cyberpunku. Steampunk to właściwie sposób na życie, nie ma chyba takiej dziedziny, w której nie można by się nim inspirować – istnieją steampunkowe zespoły muzyczne, moda, biżuteria, utwory literackie, gry itd. Boli mnie trochę, że w Polsce jest to nurt tak nierozpowszechniony, bo primo – zwyczajnie mi się podoba i secundo – na Amazonie można kupić np. gotowe zębatki, aparaty powiększające do gogli itp., a ja muszę swoje skupować po bazarkach i różnych innych takich. O goglach lepiej tu nie będę wspominać, bo ich droga do mnie i w ogóle wszystko o nich, to materiał na zupełnie inną notkę.

Przechodząc do meritum, przyznam szczerze, że jest to dla mnie nowe i nieznane pole do działania. Nieznane w takim znaczeniu, że dopiero zaczynam poznawać tajniki i inspiracje tego nurtu, ale bardzo mi się on podoba, mimo że to trudna sztuka tworzenia z metalu. Mówię tylko o tym materiale, bo na razie przedmiotem mojego zainteresowania jest przede wszystkim biżuteria. Przedstawiam moje dotychczasowe zmagania. Na zdjęciu: miedziana uszczelka, metalowy dekiel zegarka, stare szlifowane szkiełko, zębatki, wskazówki i inne metalowe części zegarków, plus kawałek drutu w charakterze zawieszki. Całość złożona w jedno za pomocą kleju uniwersalnego i cyjanoakrylowego (magicznego). Było ciężko, ale się udało. Oto zdjęcie:



W steampunku chodzi jeszcze o jedno – żeby przedmioty w tym stylu wykonane nie tylko wyglądały jak mechanizmy (bądź nimi zwyczajnie były), ale również poruszały się tak jak one, czego mnie się osiągnąć nie udało. Długa droga przede mną, zanim to osiągnę, ale kto wie…

Wrócę
Łosiek.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...